Bo jeśli raz przywykliśmy do tego, aby radość i pociechę czerpać z książek, to już się bez nich nie potrafimy obejść

Astrid Lindgren

Ciepły czerwcowy wieczór. Jeden z tych, na które czekamy cały rok. W powietrzu unosi się słodki zapach kwiatów. Odpoczywam w ogrodzie po upalnym dniu. Delektuję się dźwiękami natury. Nic nie umila tej chwili tak bardzo jak ptaki i świerszcze. Czuję błogość, której nic nie jest w stanie zakłócić. Nie w wieczór jak ten.

Wkrótce dołącza do mnie mój starszy syn. Zachęcony opowieściami o świetlikach, chce osobiście doświadczyć ich bioluminescencji albo też zwyczajnie mieć mamę tylko dla siebie.

Nie rozmawiamy. Mój chłopiec kładzie się na drewnianym leżaku, by obserwować niebo. Po chwili wstaje i żwawym krokiem idzie do domu. Nie zatrzymuję go. W wieczór jak ten pozwalam sobie na naturalny bieg rzeczy. Delektuję się chwilą i pozwalam jej być taką, jaka jest.

Po chwili mój synek wraca z książką i standardowym „Poczytasz mi mamo?”. Zna odpowiedź, bo zadał pytanie, na które nigdy nie odpowiadam przecząco, nawet wtedy, gdy nie jestem tą wyciszoną mamą z nadmiarem wolnego czasu, lecz taką, która wraca do domu po kilkunastu godzinach z firmy z zagranicznym kapitałem.

Wyciągam rękę po „Zielony Latawiec. Przyjaźń przez 6 kontynentów”, (Wydawnictwo Sto Stron, tekst Julita Pasikowska-Klica) książkę, którą kupiłam mojemu chłopcu w przedsprzedaży na Dzień Dziecka. Zachwyciła mnie idea tego projektu czyli interpretacje przyjaźni 40. ilustratorów z całego świata i obietnica poznania tajemnicy przyjaźni.

Robi się ciemno. Czytamy historię Ani, głównej bohaterki książki , która zastanawia się, czym jest przyjaźń. Postanawia wypuścić swój zielony latawiec, by poleciał w świat i wrócił do niej z opowieściami na temat różnych krajów, kultur i obyczajów.

Zielony Latawiec w Czechach. Ilustracja czeskiej ilustratorki Evy Chupikovej
Zielony Latawiec w Czechach. Ilustracja czeskiej ilustratorki Evy Chupikovej

Kątem oka zerkam na największego fana „Małego Księcia”, jakiego znam i amatora książek pełnych ukrytych znaczeń, metafor i nieoczywistych treści. Leży obok mnie zachwycony. Z zaciekawieniem obserwuje ilustracje, których różnorodność zachwyca. Ożywiony komentuje ciekawostki, które przeplatają się w książce z losami latawca, Dowiaduje się, który kraj ma trzy stolice, w jakim państwie szczególnie ceni się sztukę pakowania prezentów czy też kiedy powstał pierwszy dywan.

Sama historia podróży latawca jest bardzo prosta. W zestawieniu z barwnymi i często pełnymi szczegółów ilustracjami zostawia pole do przemyśleń, stawiania pytań i własnych interpretacji dla starszych dzieci. Nie jest też dzięki temu zbyt skomplikowana dla młodszych.

Na Pogórzu Izerskim zapadł zmrok. Kończymy czytanie książki w połowie . Wrócimy do niej jutro, zapewne w innych okolicznościach. Zbierając się do domu zauważam robaczki świętojańskie, świetliki, na które tak bardzo czekał mój syn.