Jeden z pierwszych dni czerwca. Ciepły, lecz nieprzesadnie. W Dolinie Bobru pada. Zmęczeni codziennością w czterech ścianach, niespiesznie krzątamy się po domu.

Mój ośmiolatek ma gorszy dzień. Znudzony zdalną edukacją i wszystkim, co wokół, wyczerpał pomysły na sensowne spędzenie wolnego czasu. Jest mu źle i chciałby znaleźć jakiś sposób na nudę, a ja mu w tym nie pomagam. 30 minut dziennie, które pozwalam mu spędzać przed komputerem to stanowczo za mało. Świat wyglądałby zupełnie inaczej, gdybym rozumiała go w tej kwestii. Kilka godzin dziennie z cudami techniki nie czyni go jeszcze przecież Homo Tabletis*!

Otwieram okno i zachęcona ożywczym powiewem rześkiego powietrza, proponuję wyjście na zewnątrz do ogrodu Dziadków. Pomysł,mimo protestów przed wyjściem z domu, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Zbieramy w deszczu pierwsze poziomki. Obserwujemy rośliny i zgadujemy co z nich wyrośnie.

Deszcz podlewa babcine irysy i piwonie. Z czasem przybiera na sile. Z ogromnego ogrodowego parasola woda spływa strugami. Ustawiamy w tych miejscach wszystkie wiaderka, naczynia i pojemniki, które udało nam się znaleźć w ogrodzie. Siadamy pod parasolem na dużym drewnianym leżaku. Nie rozmawiamy. Słychać jedynie dźwięk spływającej wody. Mój chłopiec mówi po czasie, że jest mu tutaj tak dobrze i w końcu słyszy swój oddech. Miód na moje matczyne serce…

*Homo Tabletissformułowanie określające dziecko nadmiernie korzystające z urządzeń elektronicznych wykorzystane w kampanii Fundacji Dzieci Niczyje „Mama, Tata, tablet” zwracającej uwagę na zagrożenia związane ze zbyt wczesnym i niekontrolowanym korzystaniem z tego typu urządzeń przez małe dzieci.