– Dokąd idziesz?
– Nie wiem – odpowiedział Włóczykij.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.

Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie

Zamykam oczy. Znów mam 8 lat, podobnie jak teraz mój starszy syn. Każde wakacje i przynajmniej co drugi weekend spędzam u dziadków. Osiedlowe podwórko pełne jest dzieciaków – efekt wyżu demograficznego lat 80. Latem tarzamy się w trawie, wchodzimy na drzewa, szukamy pieczarek na okolicznych polach i jagód w pobliskim lesie. Fascynuje nas żmudna praca mrówek. Karą jest konieczność pójścia do domu, gdy zapada zmrok. Nic nie jest przewidywalne, wszystko jest przygodą.

Dziś dzieciństwo naszych dzieci jest inne. Beztroskie turlanie się w trawie czy eksplorowanie pobliskich zarośli często nie jest żadną atrakcją, zwłaszcza gdy nielimitowany dostęp do tabletu wydaje się w zestawieniu z powyższymi zbyt kuszącą alternatywą. I my rodzice, którzy przeżyli w prawdzie analogowe dzieciństwo, ale weszli płynnie wraz z rozwojem techniki i nieograniczonym dostępem do WiFi w cyfrową dorosłość, często ulegamy tej pokusie, a nasze dzieci zwyczajnie nas naśladują.

Zespół deficytu natury

W 2005 roku wydana zostaje licząca ponad 400 stron książka Richarda Louva „Ostatnie dziecko lasu”. Ten amerykański pisarz i dziennikarz publikuje w niej szereg badań prowadzonych przeważnie w Stanach Zjednoczonych na różnych grupach. Odmienne są często cele tych badań, czas ich trwania czy zasięg, ale wniosek jest jeden. Dzieci do prawidłowego rozwoju potrzebują regularnego kontaktu z naturą, a jego brak prowadzi do wielu nieprawidłowości takich jak problemy z koncentracją, nadwagą, integracją sensoryczną, nawiązywaniem więzi czy też nadpobudliwością ruchową. W książce zdefiniowany zostaje termin Zespół deficytu natury (Nature-Deficit Disorder), który nie zostaje w prawdzie uznany za jednostkę chorobową, ale na tyle elektryzuje opinię publiczną, że staje się przedmiotem ogólnoświatowej debaty. Książka wędruje na listę bestsellerów New York Times’a, a autor uhonorowany zostaje odznaczeniem Audubon, jednej z najstarszych organizacji ekologicznych na świecie, za „alarmowanie o kosztach zdrowotnych i społecznych izolacji dzieci od świata przyrody oraz za powołanie szybko rozwijającego się ruchu mającego na celu rozwiązanie problemu”.

Żadne badania czy opinie zawarte w książce nie przemawiają do mnie i nie pokrywają się z moją wizją macierzyństwa tak bardzo jak poniższe stwierdzenie:

„Pamiętaj, że przyroda to lekarstwo na stres. Wszystkie korzyści zdrowotne, których doświadcza dziecko w kontakcie z przyrodą, staną się też udziałem dorosłego, który zabiera dziecko na łono przyrody. Dzieci oraz rodzice czują się lepiej dzięki czasowi spędzonemu na dworze – nawet jeśli to tylko ich własne podwórko.”

Czyż zdanie to nie ukazuje roli rodzica jako przewodnika i obserwatora? Nie powstydziłaby się go zatem zapewne sama Maria Montessori! Co więcej teza zawarta w książce wyraża przede wszystkim kwintesencję macierzyństwa rozumianego nie jako ograniczenie, ale szansę na doświadczenie tego, na co nie znaleźlibyśmy czasu, chęci czy odpowiedniej dawki kreatywności gdyby nie nasze dzieci.

Cisza jak ta

Obcowanie z naturą, oprócz korzyści takich jak lepsza odporność organizmu, koordynacja ruchowa, zdolność koncentracji, niesie ze sobą jeszcze jedno niezwykle inspirujące zjawisko – doświadczenie ciszy.

Jego dobroczynne działanie zauważyła niemal 70 lat temu wspomniana wcześniej Maria Montessori:

„Cisza przynosi nam często wiedzę, którą jeszcze nie do końca pojęliśmy, że mianowicie posiadamy życie wewnętrzne. Poprzez ciszę dziecko, być może po raz pierwszy, spostrzega własne życie wewnętrzne (…). Cisza przygotowuje duszę na określone wewnętrzne doświadczenia (…). Po doświadczeniu ciszy nie jest się tym, kim było się wcześniej.” 

Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Kolejna gra komputerowa, kreskówka w TV, czy też nawet najbardziej inspirujące zajęcia dodatkowe nie sprzyjają tak bardzo postrzeganiu siebie i świata jako czegoś więcej niż to, co namacalne. Należałoby jednak zauważyć, że cisza nie jest jedynie brakiem jakichkolwiek dźwięków. Znajdziemy ją przecież słuchając głosów lasu, w szumie wiatru, morza, drzew, w śpiewie ptaków i strugach deszczu.

Jak odnaleźć ciszę?

  • powiedz dziecku o swoich wyjątkowych, dzikich miejscach z dzieciństwa. A potem pomóż mu odkryć jego własne: stertę liści pod wierzbą rosnącą w waszym ogródku, rów za domem, łąkę w środku lasu, zakręt strumyka
  • obserwujcie chmury, stwórzcie podwórkową stację meteorologiczną. Do obserwacji chmur nie potrzeba specjalnego obuwia ani wypadu na boisko do piłki nożnej. Niezbędne są tylko widok na kawałek nieba. Doszukujcie się kształtów, postaci, zwierząt w chmurach.
  • pomóż dziecku odkryć ukryty świat. Weź starą deskę I połóż ją na gołej ziemi. Wróćcie tam po kilku dniach, podnieście deskę i sprawdźcie, ile zamieszkało pod nią stworzeń. Spróbujcie je zidentyfikować przy pomocy przewodnika terenowego