Jakże się cieszę, że żyję na świecie, w którym istnieje październik! Jakież to byłoby okropne, gdyby natychmiast po wrześniu następował listopad!

Lucy Maud Montgomery, „Ania z Zielonego Wzgórza”

Październik był dla mnie niegdyś jednym z tych miesięcy, kiedy wszystko zaczynało się na nowo. Pamiętam mój pierwszy październik w Poznaniu. Moją pierwszą fascynację tym miastem, ciepłą herbatę z konfiturą wiśniową w Cafe Betty i gorącą czekoladę w Ptasim Radiu. Pamiętam, jak szybko w wieku 19 lat nawiązuje się znajomości bez bagażu doświadczeń. Nowopoznana osoba wpada do Ciebie po koncercie, bo macie ochotę kontynuować rozmowę, której nie sprzyjała głośna muzyka. Zapraszasz do siebie na ciepłą zupę bezdomną kobietę, bo świat który nosisz w sobie jest prosty i dobry. Nikt jeszcze poważnie nie zawiódł Twojego zaufania i to nie ludzie są źli, tylko okoliczności nie zawsze sprzyjające.

Pierwszy dzień w Collegium Novum UAM, tłumy studentów Wydziału Neofilologii, którzy wierzą, że biegła znajomość niemieckiego, japońskiego czy arabskiego jest przepustką do życia pełnego przygód albo gwarantem międzynarodowej kariery. Ciasne korytarze, specyficzny zapach, klimat minionej epoki. Jeszcze nie oblałaś żadnej wejściówki, jeszcze nie wiesz, że nie tylko porażki okupione są łzami.

Każdy kolejny październik w tym miejscu jest migawką tego pierwszego wrażenia, refleksją nad tym, że życie to cykl, sekwencja, ciąg powtarzających się zdarzeń. I czasem tylko chronologia w historii literatury niemieckiej czyli fakt, że nie czytasz już w oryginale „Pieśni o Nibelungach”, tylko „Pianistkę” Elfriede Jelinek, nie pozwala ci zapomnieć, że przeszłaś na kolejny poziom uniwersyteckich zmagań. Październik jest miesiącem nieograniczonych możliwości i to jeszcze nie on jest pogromcą Twoich marzeń.

W końcu nadchodzi październik inny niż te do tej pory. Dostajesz umowę o pracę w zagranicznej firmie. Ktoś w końcu docenił Twoje zamiłowanie do języków obcych. Wchodzisz do świata, w którym wszyscy mówią do Ciebie w tym samym, nieznanym Ci dotąd korporacyjnym języku. Dostajesz codziennie więcej niż teoretycznie jesteś w stanie udźwignąć, ale ciągniesz ten wózek. Kto jak nie Ty? Twój czas mierzony jest już nie w miesiącach, lecz odstępach pomiędzy kolejnymi deadline’ami. Ponieważ wdrażasz jakiś projekt między majem a grudniem, październik pozostaje niezauważony. Innym razem staje się obiektem szczerej nienawiści, bo wiesz już, że zwiastuje ten czas w roku , kiedy wychodzisz z domu i wracasz do niego, gdy jest ciemno. Nic tak bardzo nie przypomina Ci o tym, że nie jesteś panią swojego czasu i że życie ucieka Ci między palcami.

Aż wreszcie dwoje dzieci i kilka „złotych klatek” później, gdy nauczona doświadczeniem, wiesz już, co w życiu liczy się najbardziej, jesteś szczęśliwa przygotowując dla swojej rodziny zupę krem z dyni. Cieszysz się ciepłym, słonecznym dniem i wieczorami, gdy wpatrujesz się w płomień świecy. Świat jest znów prosty i dobry, dwoje dzieci i kilka „złotych klatek” później…