Fernweh

Kolejny ciepły wieczór na Pogórzu Izerskim. Zmęczona dzisiejszą wycieczką po Rudawach Janowickich, odpoczywam przy filiżance zielonej herbaty. Tegoroczne wakacje spędzamy inaczej niż zwykle. Codziennie podróżujemy po okolicy wybierając miejsca mniej znane i rzadziej uczęszczane. Codzienne wycieczki dodają nam otuchy. Jest pięknie tak, jak piękne są okolice, w których mieszkamy.
Cieszę się z tego, co mam, z każdej chwili, każdego pięknego widoku i miejsca, którego nigdy dotąd nie widziałam.

Nie wiem, czy to efekt kilkumiesięcznej izolacji czy też kwestia pory roku, ale od niedawna odczuwam jednak również coś, co Niemcy nazywają ” Fernweh”. Tęsknota za dalekim światem wyjątkowo daje o sobie znać odkąd zaczęły się wakacje. Myślę o małym marzeniu sprzed roku, które pozwalało mi przetrwać ostatnie tygodnie ciąży i miało być zwieńczeniem mojego urlopu macierzyńskiego. W tym roku bardzo chciałam wybrać się na Bałkany i znaleźć jakieś dzikie czy też raczej mało uczęszczane miejsce. Jest to rodzaj turystyki, który lubimy. Obieramy cel podróży albo jedziemy w określonym kierunku bez wcześniejszych rezerwacji. Jesteśmy niezależni.

Podróż w nieznane

W podobną podróż wybraliśmy się 6 lat temu, gdy nasz starszy syn miał 2 lata. Celem była Chorwacja, a konkretnie Župa dubrovačka, gmina znajdująca się w bezpośrednim sąsiedztwie Dubrownika, tuż przy granicy z Bośnią i Hercegowiną. Gdzieś w Internecie przeczytałam, że to najpiękniejszy zakątek Chorwacji. Ze względu na to, że nie lubimy tłumów, nie zdecydowaliśmy się na Dubrownik, ale na jego bezpośrednią okolicę. Nie mogłam nawet przypuszczać, że to miejsce zachwyci mnie tak bardzo, że będę tęsknić za nim i okolicznościami, w jakich spędziliśmy tamte wakacje, przez kolejne lata.

Jest sierpień 2014. Ostatni rok był dla nas bardzo wyczerpujący ze względów zawodowych. Chcemy to sobie jakoś wynagrodzić. Wsiadamy do auta i jedziemy w nieznane. Nasz dwulatek jest już zaprawiony w boju. Rok wcześniej byliśmy autem w Neapolu. Podróż jest długa, ale cieszą nas widoki. Mały jest wyjątkowo spokojny.

W tym czasie w Polsce zapach jesieni unosi się już w powietrzu. W Chorwacji wręcz przeciwnie, im dalej na południe, tym bardziej ma się wrażenie, że wakacje dopiero się rozpoczynają.

Następnego dnia wieczorem zbliżamy się do Dubrownika, dwukrotnie przekraczając granicę w Neum, jedyny mieście w Bośni i Hercegowinie z dostępem do morza, które dzieli Chorwację kontynentalną na dwie części. Widoki zapierają dech w piersiach. Odczuwam zachwyt, który będzie mi towarzyszył za każdym razem, gdy będę tamtędy przejeżdżać.

Mlini w południowej Dalmacji

Późnym wieczorem docieramy do miejscowości Mlini (chorw. Młyny). Jednej z tych najpiękniejszych w Župie, jak podawało internetowe źródło. Jest ciemno, my przejechaliśmy z dwuletnim dzieckiem ponad 1400 km nie zatrzymując się nigdzie na nocleg. Marzymy o jakimś schronieniu.

Mój mąż zostawia nas w aucie i idzie szukać noclegu. Puka od drzwi do drzwi z marnym skutkiem. W końcu dociera do kobiety, która nie ma w prawdzie wolnych miejsc u siebie, ale chce nam pomóc. Mówi, że jest Słowenką i lubi Polaków. Później okaże się, że to, skąd pochodzisz, ma tu spore znaczenie.

Kobieta każe nam wszystkim wysiąść z auta i prowadzi w górę aż docieramy do domu, w którego bramie kwitnie ogromna bugenwilla. Witają nas 2 starsze kobiety. Jedna z nich jest nieco młodsza od drugiej, ale to ta starsza okazuje się gospodynią. Słowenka pyta w naszym imieniu o wolny pokój. Starsza pani uśmiecha się i prowadzi nas do skromnego pomieszczenia na parterze swojego domu. Ma na imię Vuka, a właściwie Vukosava. Nam nic to nie mówi, ale później okaże się, że jest to imię, które jednoznacznie wskazuje, że nie jest jedną z tutejszych. W kraju, w którym wojna jest niezbyt odległym wspomnieniem, to czy jesteś „nasza” ma znaczenie.

Vuka znaczy wilczyca

Starsza pani okazuje się bardzo przyjazna i żywotna. Jest osobą, o której się myśli, że mogłaby dożyć w zdrowiu 100 lat. Nic bardziej mylnego, o czym przekonamy się zaledwie półtora roku później.

Każdy wieczór spędzamy w jej towarzystwie w letniej kuchni przed domem. Towarzyszy nam jeszcze jeden gość wynajmujący pokój w jej domu oraz sąsiedzi i przyjaciele, którzy chętnie ją odwiedzają.

Vuka ma 82 lata, pochodzi z Trebinje i choć to tylko 31 km od Mlini, miejscowość położona jest na terenie Bośni i Hercegowiny. Nasza gospodyni jest prawosławna, o czym często informują nas jej goście. Prawosławie nie jest chrześcijańskim obrządkiem, który wyznajemy, ale nie ma to dla nas żadnego znaczenia. Mamy jednak wrażenie, że jej przyjaciele i sąsiedzi czują się zobowiązani w pewien sposób ją usprawiedliwić. Tak jakby chcieli powiedzieć: Nie jest katoliczką, ale to dobra kobieta i co najważniejsze, w newralgicznym momencie naszej historii opowiedziała się po odpowiedniej stronie.

Vuka jest wdową i nie ma swoich dzieci, choć bardzo je lubi. Przypuszczam, że poza faktem, że jesteśmy Polakami, to właśnie obecność naszego synka sprawiła, że przyjęła nas pod swój dach. Jak często podkreślają jej znajomi, bardzo rzadko przygarnia nowych gości. Odwiedzają ja raczej od lat stali bywalcy. Na własne oczy widzieliśmy zresztą jak kilka dni po naszym przybyciu odmówiła noclegu młodym Francuzom mimo, że jeden z pokojów w jej domu stał pusty.

Vuka podczas zabawy z naszym synkiem. Zdjęcie z rodzinnego albumu.

Mąż Vukosavy, Ćiril był Słoweńcem. Zmarł w 1997 roku, krótko po tym, jak udało mu się odbudować dom w Mlini zbombardowany w czasie wojny. Do tej pory śmieje się jak nastolatka opowiadając, jak dobre miała z nim życie.

Podczas bombardowań na domu Vuki i Ćirila rodacy gospodyni piszą obelżywe słowa pod jej adresem, zrozumiałe dla każdego, kto operuje jakimkolwiek słowiańskim językiem. „Chorwacka k…”. A Vuka to żadna k…, jak mówi nam anglojęzyczny znajomy starszej pani, lecz wilczyca.

Gospodarze uciekają na Słowenię do rodziny Ćirila. Vuka z uśmiechem od ucha do ucha opowiada, jak to ciągle się przewracała „w tej nieszczęsnej Słowenii” ucząc się chodzić po śniegu.

Po wojnie wracają do Mlini i odbudowują to, co zostało zniszczone. Nie dane im będzie jednak nacieszyć się wspólnie nowym domem. Ćiril umiera i pozostawia Vukę samą, choć nie do końca. Wspierają ja liczni przyjaciele i sąsiedzi, którzy bardzo doceniają jej postawę podczas wojny na Bałkanach.

Vuka, która jako młoda kobieta była kucharką często przygotowuje dla nas lokalne potrawy. Pieczone kalmary, ryby, dalmatyjski przysmak czyli sałatka z ośmiornicy, pomidorów i czerwonej cebuli to tylko niektóre przysmaki serwowane przez gospodynię. Spożywamy je zawsze w doborowym towarzystwie popijając chorwackie wina Pelješac lub Plavac. Wszystkie potrawy spożywane w lokalnych konobach choć bardzo dobre, ustępują smakiem tym przyrządzonym przez Vukę.

Zapierające dech w piersiach widoki, piękne plaże i wycieczki po okolicy to główne atuty tej okolicy, ale to towarzystwo Vuki, aura, którą roztacza i otaczający ją ludzie sprawi, że będziemy chcieli tu wracać.

O tym jak spędziliśmy nasze pierwsze wakacje w Mlini, o smakach i atrakcjach południowej Dalmacji, ale przede wszystkim o ludziach, których poznaliśmy dzięki Vuce już w kolejnym wakacyjnym wpisie.